CHAPTER TWO
✧✧ ♛ ✧✧
SнαяƖєηє
...................................................................................................
Sharlene podążała za blondynem, rozglądając się jednocześnie dookoła. Krajobrazy tutaj były zgoła inne, niźli w jej rodzinnej Francji. Ich inność, a jednocześnie swego rodzaju czar zapierały dech w piersiach. Ujęła dłoń blondyna i wsiadła do powozu, jednocześnie rozglądając się za zwierzyna, która miałaby go ciągnąć. Nic takiego jednak nie ujrzała, ani wśród pojazdów, ani dalej, choć to również skutecznie uniemożliwiała jej ciemność. Jej zdziwienie zmogło się, gdy dostrzegła pierwsze powozy unoszące się w górę. Spojrzała na Dracona pytającym wzrokiem. Ten wyjaśnił jej wszystko. Sheri nie pytała, czy blondyn je widzi. Coś w jego spojrzeniu, gdy jej o tym opowiadał, mówiło jej, że tak. A przecież nie chcieli psuć sobie humorów rozmowami na temat śmierci, prawda? Ujrzawszy zamek, Sharlene musiała w duchu przyznać matce rację. Widok był.. obłędny. Niczym z baśni. Zamek zapierał dech w piersiach swoją okazałością. Zachwycał potężnymi murami i ich aurą, którą dookoła roztaczały.
- Tu jest... Obłędnie... - wyszeptała, gdy powóz, którym jechali, zaczął lądować. Jak oczarowana wyskoczyła na ziemię, przyglądając się szkole wielkimi oczyma. Spojrzała na stojącego obok niej Draco. Posłała mu promienny uśmiech. Już wcale nie żałowała, że zmieniła szkołę. Bynajmniej nie w tej chwili. Hogwart bowiem był przecudowny... Ruszyli dalej. Draco opowiadał jej o początkowych procedurach. Ceremonia Przydziału, oprowadzenie po szkole, pierwsze lekcje.. Sharlene przełknęła ślinę i spojrzała na niego.
- Ale.. ale jak? Mam tam tak wyjść przed wszystkimi na sam środek??
Widząc rozbawioną minę blondyna oraz jak ten kiwa głową, skrzywiła się. Nienawidziła być w centrum uwagi...
............................................................................................................................................................
✧✧ ♛ ✧✧
Ɗяαcσ
...................................................................................................
Draco nigdy nie przyznałby tego głośno, ale tak naprawdę podobał mu się powrót do Hogwartu, który przez siedem, a raczej licząc ten rok, osiem lat nauki stał się jego drugim domem. Poznał tu wiele person, lecz żadnej z nich nie mógł nazwać prawdziwym przyjacielem. Byli Crabbe i Goyle, lecz ich przez większość czasu traktował jak swoje sługi, był również i Blaise Zabini, Teodor Nott czy Marcus Flint, ale oprócz łączących ich wielu cech wspólnych nie nazwałby ich przyjaciółmi. Dopiero teraz, gdy nieco dojrzał przejrzał na oczy. Zobaczył jakim był człowiekiem, jak się zachowywał, co czynił innym, ile bólu sprawiał. Dopiero teraz Malfoy zrozumiał, że wszyscy, którzy szli z nim ramię w ramię robili to z uwagi na jego pieniądze, status społeczny czy dla sławy. Pigułka, którą musiał przełknąć była niezwykle gorzka, ale bez tego doświadczenia nigdy nie zrozumiałby błędów swojej młodości. Nie zobaczyłby również tego jakim człowiekiem był za sprawą wychowania ojca, wpatrywania się w niego jak w obrazek i oczywiście powielania jego zachowań.
- To prawda.
Szepnął cicho wpatrując się w profil kobiety, bowiem jej głowa krążyła to w prawo, to w lewo, by złapać jak najwięcej obrazów. Hogwart robił wrażenie na każdym, czy na tym kto szedł tu z radością, czy na kimś kto był nastawiony negatywnie do tego miejsca, jak Draco w wieku jedenastu lat, bowiem Lucjusz cały czas nastawiał go na Durmstrang, lecz zdanie Narcyzy były decydującym.
Szepnął cicho wpatrując się w profil kobiety, bowiem jej głowa krążyła to w prawo, to w lewo, by złapać jak najwięcej obrazów. Hogwart robił wrażenie na każdym, czy na tym kto szedł tu z radością, czy na kimś kto był nastawiony negatywnie do tego miejsca, jak Draco w wieku jedenastu lat, bowiem Lucjusz cały czas nastawiał go na Durmstrang, lecz zdanie Narcyzy były decydującym.
Wchodząc do zamku, młody czarodziej sam z siebie począł opowiadać rudowłosej co nieco o historii tego miejsca. O jego początkach, by dojść do meritum, czyli skąd wzięły się cztery domy, które ze sobą konkurowały, a wszystko za sprawą założycieli Hogwartu. W wielkim skrócie również opowiedział o specyfice tych czterech grup i tiarze przydziału, która nie ominie dziewczyny choć to zazwyczaj pierwszoklasiści mieli tylko z nią do czynienia. W tym roku zapewne będzie jednak wiele więcej takich przypadków jak Sheri. Spoglądając na nią wybuchnął śmiechem, widząc jej przerażoną, lecz jakże śmieszną minę i pokiwał głową twierdząco.
- Zostaniesz wywołana przez Dyrektorkę, a następnie na oczach wszystkich włożą Ci na głowę tą śmierdzącą, starą czapkę, która będzie biadolić aż w końcu wykrzyknie dom, do którego Cię przydzielą.
Uśmiechnął się wesoło, a mówiąc to poczochrał jej starannie uczesane włosy, by się trochę podroczyć. Wchodząc po schodach nachylił się do ucha dziewczyny i szepnął cicho.
- Liczę, że przydzielą Cię do jedynego słusznego domu, domu Slytherina.
Wyszczerzył zęby w uśmiechu zakładając kosmyk włosów rudowłosej za ucho i pospiesznie zmienił temat na ten o ruchomych schodach, które każdemu choć raz dziennie płatają figle i gdy ten jest w połowie drogi, one zaczynają się przesuwać w całkiem inną część zamku co potrafi mocno zirytować, a przede wszystkim doprowadzić do tego, że połowa uczniów spóźnia się zajęcia, co z kolei drażni nauczycieli.
............................................................................................................................................................
✧✧ ♛ ✧✧
SнαяƖєηє
...................................................................................................
Rudowłosa uwierzyć nie mogła, jak chłopak o tam przyjaznym, życzliwym i radosnym wręcz usposobieniu mógł być kiedyś śmierciożercą. Nie rozumiała rodzicielki i jej uprzedzeń. Przecież w gazetach pisano o jego ojcu, rodzinie. Nie o nim. Nie o Draco. Może matka pomyliła się w jego osądzie? Przecież to, że jego ojciec był, jaki był, nie znaczyło, że Draco również jest taki sam! Może jego mama jest naprawdę wspaniałą kobietą i to po niej odziedziczył swój charakter? Patrząc na uśmiechniętego blondyna, który przekornie zmierzwił jej włosy, nie myślała o nim, jak o śmierciożercy. Nie wierzyła, że byłby w stanie to takich czynów.
Na jego słowa wypowiedziane niebezpiecznie blisko jej ucha, Sheri poczuła, iż ponownie się rumieni. Z ich wcześniejszej rozmowy wiedziała, że on sam jest w Slytherinie, toteż wyrażenie chęci na bycie w tym samym domu, było dla rudowłosej bardzo miłe. Nie wiedziała jednak, co to znaczy, trafić do Domu Węża. Nie była świadoma, że uczniowie tam należący zazwyczaj byli aroganccy, egoistyczni, pewni siebie i wywyższający się. Że trafiali tam tylko czystokrwiści. W głębi duszy chciała więc tam trafić, chociażby ze względu na to, iż to Ślizgon był jedyną osobą, jaką dotychczas zapoznała. W jej umyśle krążyła więc myśl o tym, by to właśnie do Domu Węża trafić. Idąc przez szkołę dalej i zbliżając się nieuchronnie do Wielkiej Sali, a co za tym szło - do Ceremonii Przydziału - Sheri chichotała, słuchając opowieści Draco o ruchomych schodach. Ten, kto je wymyślił, miał niebywałą wyobraźnię i najwyraźniej bardzo lubił płatać ludziom figle. W końcu, przedzierając się wraz z tłumem, trafili do Wielkiej Sali.
Pomieszczenie było... Obłędne. Zaczarowany sufit zapierał dech w piersiach, stwarzając niebywałą, magiczną aurę tego miejsca. Cztery masywne, niezmiernie długie stoły zdobiły środek sali, a nad nimi wisiały kolorowe herby; Draco wyjaśnił Sheri, iż są to herby domów, a każdy stół przynależy do jednego z nich. Jakoś umknęła uwadze Sharlene informacja, iż każdy nowy uczeń, czy to pierwszak, czy starszy, ma stanąć w jednej grupie niedaleko stołu nauczycielskiego, gdzie odbywała się Ceremonia, by tam czekać cierpliwie, bądź nie, na swoją kolej. Wraz z Draco powędrowała do stołu Ślizgonów, gdzie zajęła miejsce obok blondyna. Siedząc i słuchając przemówienia pani Dyrektor - Minerwy McGonagall - czuła, jak stresuje się coraz bardziej. Nerwy nasiliły się, gdy na podest kolejno wchodzili pierwszaki. Jeden, za drugim, kolejno, zgodnie z alfabetem. Potem nadeszła kolej na uczniów, którzy przenieśli się z innych szkół. Panienka Margritte była mniej więcej w środku listy, toteż chwilę jeszcze musiała poczekać na swą kolej. Aż w końcu usłyszała; głośnym i donośnym głosem profesor McGonagall wywołała ją spośród tłumu. Z ogromną gulą w gardle podniosła się z miejsca.
- Życz mi szczęścia. - szepnęła do blondyna i ruszyła wzdłuż sali. Idąc, rozejrzała się dookoła. Błąd. Niemalże wszystkie pary oczu skierowane były na nią, co ją jeszcze bardziej zestresowało. Ponadto pewna była, iż jej krew wili wywołała nieco większe zainteresowanie jej osobą u co poniektórych chłopców. W końcu dotarła na podwyższenie i usiadła na stołeczku obok profesor McGonagall, przeznaczonego właśnie dla uczniów odbywających Ceremonię Przydziału. Przełknęła ślinę, a dyrektorka nałożyła na jej głowę Tiarę. I Sheri aż wyprostowała się jak struna, słysząc w głowie głośny, pełen mądrości głos:
- Proszę, proszę! Panienka Margritte! Ohhh, doskonale pamiętam twoją matkę! Urocza Gryfonka! Ale co to?? Czyżbym wyczuwała w twojej głowie chęci na bycie Ślizgonką?? Nic z tego, moja droga.. Nie możesz tam trafić, aczkolwiek.. Powiedzmy, że masz misję do spełnienia... GRYFFINDOR!!!
Sharlene, cała w szoku, wstała że stołka, jak tylko profesor McGonagall zdjęła z jej głowy Tiarę Przydziału. Korzystając z chwili na podwyższeniu, ponad tłumami wypatrzyła blond czuprynę. Posłała chłopakowi pełne zawodu, przepraszające spojrzenie. Ten jednak wyglądał, jakby podmienił się z bratem bliźniakiem. Jego oczy nie błyszczały już figlarne, a twarzy nie zdobił uśmiech. Mina wyrażała.. właściwie to jakby nie wyrażała nic. Kamienna twarz, bez żadnych emocji. Jakby.. jakby.. jakby czar prysł. Sharlene zeszła po schodkach, uprzednio spuszczając zawiedziony wzrok i wbijając go w podłogę. Poszła w kierunku stołu, który wiwatował; już nikt nie interesował się jej osoba, bowiem na podest wszedł kolejny nowy uczeń. Tym razem to na nim skupiły się wszystkie spojrzenia, a ona spokojnie zajęła miejsce przy stole szkarłatno-złotych. Zapoznała się z najbliżej siedzącymi osobami, wśród których była prefekt naczelna Domu Lwa - Hermiona Granger - wyrażająca chęci oprowadzenia jej po szkole wraz z resztą nowych uczniów. Sharlene pokiwała głową, uśmiechając się uprzejmie. W jej wnętrzu jednak nie było entuzjazmu... Obejrzała się przez ramię, wprost na Dracona, który siedział po drugiej stronie sali. Nie patrzył na nią... Odwróciła wzrok.
............................................................................................................................................................
✧✧ ♛ ✧✧
Ɗяαcσ
...................................................................................................
Wielka sala jak zwykle była pięknie ozdobiona. Choć na razie stołu miały na sobie jedynie obrusy w kolorach domów, to oczy nowych uczniów skierowane były już górze. Sufit był bowiem zaczarowany tak by pokazać niebo nocą, pełne gwiazd a nad stołami było chyba z kilka set świeczek które dryfowały w powietrzu. Ciche okrzyki czy westchnięcia były słyszał e z każdej strony, a i wydawać się mogło że spomiędzy warg Sheri wydobył się zachwyt nad tym zjawiskiem. Czarodziej zaś miał ochotę zacząć ziewać gdyż o wiele ciekawsze rzeczy już tu widział, a ten widok był.. już nudny. Widział to ósmy raz więc ileż można się zachwycać? - Witaj sir Nicholasie. - Mruknął nieco ponuro gdy duch przeleciał praktycznie przez niego. Jakieś to było irytujące! Widząc minę dziewczyny zaśmiał się krótko i wzruszył ramionami. -Przynajmniej dziś ma głowę na właściwym miejscu. - Uśmiechnąwszy się przebiegłe ruszył w stronę stołu Domu Węża kiwając głową na przywitanie kilku znajomym personom które akceptował. Usadowił się zaś jak najbliżej stołu nauczycieli, nie reagując na to że rudowłosa siada tuż obok. Zaś gdy Dan próbował coś na ten temat powiedzieć, uciszył go samym spojrzeniem. Po nudnej jak flaki z olejem przemowie dyrektorki, w końcu przyszedł moment decydujący. Kto gdzie trafi. Miejsc przy stole każdego z domów było naprawdę wiele, a i pani profesor wyraziła swe zmartwienie nad tak licznymi brakami w klasach. Każdego z obecnych w mniejszym czy większym stopniu dotknęła bitwa i każdy odczuwał straty czy w rodzinie czy wśród przyjaciół. Widząc jak Sheri porusza się niepewnie uśmiechnął się lekko. Była taka niewinna i dobra. Nieśmiała która za nic nie pasowała do Ślizgonów i ta myśl przerażała Draco bowiem naprawdę u boku przydałby mi się ktoś taki jak ona. O ciepłym sercu. Ktoś kto nauczyłby go inaczej postępować i żyć. Jego nadzieję że dziewczyna trafi do jego domu były złudne a potwierdziła to tiara głośno krzycząc Gryffindor. Malfoy poczuł ukłucie w sercu, a ten blask w jego oczach automatycznie zgasł. Twarz na powrót stała się zimną i nie szło z niej wyczytać żadnych emocji. Krzyżując spojrzenie z czarownica szybko odwrócił wzrok a dopiero gdy kolejna osoba trafiła do Slytherinu podniósł radosny krzyk z innymi jak to czyniła każda z grup gdy tylko okazywało się że trafi do nich ktoś nowy. Kolejnym punktem była uroczysta kolacja więc po życzeniach dyrektorki i przypomnieniu o obowiązkach prefektów na każdym stole poczęły pojawiać się najrozmaitsze potrawy o których nie jeden śnił. Desery, mięsa, i wszystko inne by każdemu dogodzić. Po skończonym posiłku starsi uczniowie zaczęli rozchodzić się do swoich pokoi zaś najmłodsze dzieci oraz mówi uczniowie zbierali się w grupki przed wejściem do sali. Jako jedyni nie mieli swoich szat a te dopiero czekały na nich w pokojach w kolorach domów które im przydzielono. Aktualnie wszyscy byli ubrani w zwykle czarne szaty i ciężko było odróżnić kto w jakim domu był. Czując szarpanie za rękaw, Draco odwrócił się pomału i lodowatym spojrzeniem obdarzył intruza. Było to niezwykle ciężkie gdyż naprawdę zdążył zapałać sympatią do rudej dziewczyny, lecz honor nie pozwalał mu na spoufalanie się z Gryffonem. Nadto przecież patrzyli na niego pierwszaki, które będą brać z niego przykład! Cóż innego mógł im wpoić jak nienawiść do konkurencyjnego domu? To było wręcz zapisane w ich krwi. Nienawiść do Domu Lwa. I tradycji musiało stać się zadość. Wzrokiem odnalazł prefekt naczelną i z wyższością oraz z jadem w głosie powiedział: - Granger. Pilnuj lepiej swoich podopiecznych, bo jeden z nich chyba nie chce być w tak pospolitym domu gdzie są szlamy. - Sycząc wręcz ostatnie słowo, usłyszał tylko wyrazy aprobaty swojej grupy jak i śmiech niektórych z nowych uczniów. Uśmiechając się z wyższością, a na Sheri nawet nie patrząc rzekł tylko - Idziemy. Ruszać się! Bo jeszcze się czymś zarazicie. Nie wiadomo co też szlamy roznoszą za choroby. Powinni już dawno zrobić w tej szkole porządek z czystością krwi.
............................................................................................................................................................
✧✧ ♛ ✧✧
SнαяƖєηє
...................................................................................................
Ceremonia Przydziału wkrótce dobiegła końca. Dyrektorka obwieściła początek uczty, a Sheri mimochodem rozejrzała się w poszukiwaniu kelnerów bądź kogoś o podobnych obowiązkach. Nie w stanie chyba wyobrazić sobie jej zdziwienie, gdy stoły nagle nakryły się.. Same. Spojrzała zdezorientowana na Hermionę, lecz dziewczyna wraz z innymi z zadowoleniem przystąpiła do spożywania smakołyków, które pojawiły się na ogromnych talerzach i półmiskach. Widząc dezorientację na twarzy rudowłosej, zaśmiała się życzliwie i rzekła:
- Nie bój się, jedz!
Sharlene nie trzeba było dwa razy powtarzać. Podążając za poczynaniami innych, nałożyła sobie na talerz tyle, ile naczynie zmieścić mogło. W Hogwarcie nie tylko aura była nieziemskie. Jedzenie również nie pozostawiało nic do życzenia. Spożywając kolację, Sheri wdała się w rozmowę z kilkorgiem otaczających ją uczniów. Mimowolnie, co jakiś czas wciąż odwracała się w kierunku stołu Ślizgonów, co chyba nie umknęło uwadze Hermiony, która - ujrzawszy już któryś raz z kolei, jak rudzinka się odwraca - uniosła pytająco brew ku górze. Sharlene udała, iż nie widzi jej gestu i poczęła na powrót grzebać widelcem w jedzeniu. Czuła się zawiedziona faktem, że młody Malfoy już nawet nie patrzy w jej kierunku. Jakby ich znajomość skończyła się z chwilą jej odejścia od stołu Ślizgonów.. W końcu i uczta dobiegła końca. Sharlene odłączyła się od grupy Hermiony, z którą powinna być po szkole oprowadzona. W końcu wcześniej otrzymała propozycję od innego prefekta. A to powinno być bez różnicy, który z nich nowych uczniów oprowadza, prawda? Sheri przeciskała się przez tłum, chcąc jak najszybciej dotrzeć do drzwi, do których dość szybko zbliżał się Malfoy. Chciała go dogonić i spytać, czy oferta wciąż aktualna. Choć tak naprawdę to dowiedzieć chciała się, co spowodowało jego markotny wyraz twarzy podczas uczty. Czy coś stało się przy stole? Czy ktoś zepsuł mi humor? Czy dostał jakieś złe wieści? Dogoniła go. Choć, co prawda, z ledwością. Blondyn bowiem znikał jej już prawie za drzwiami, a tam łatwo mogłaby go zgubić, nie znając korytarzy, ani tym bardziej nie mając wcześniej do czynienia z ruchomymi schodami.
- Draco! Zaczekaj! - zawołała, będąc kilka kroków za nim. Ten jednak uparcie parł na przód. Dogoniła chłopaka i szarpiąc go za rękaw, zmusiła go, by się zatrzymać.
- Chciałam spytać, czy propozycja wspólnej wycieczki po szkole wciąż aktualna? - spojrzała na chłopaka, przełykając ślinę. Obawiała się odmowy. Nie chciała się zbłaźnić, czy narzucić. Lecz mina Draco wpędzała ją w coraz to większe wątpliwości... Nie zauważyła nawet, kiedy Hermiona ze swoimi podopiecznymi ją dogoniła. W sumie to dopiero dzięki blondynowi, a raczej jego niezbyt miłemu komentarzowi, spostrzegła, iż towarzyszy im również panna Granger. Sharlene zrobiła zszokowaną i urażoną minę.
- Draco! - syknęła, przy czym pociągnęła młodego mężczyznę za rękaw szaty.
- Co ci się stało? - spytała, patrząc na blondyna bez zrozumienia. Nie mogła uwierzyć, że ten chłopak, który był dla niej taki miły na Pokątnej i w pociągu, teraz jest taki oschły, a na nią najzwyczajniej w świecie nie zwraca uwagi. Nie dość, że obraził Hermionę, to jeszcze wyszło na to, że ona mu się narzuca! Draco uparcie milczał. Nie zwracał na nią uwagi. Odpowiedź natomiast uzyskała od Hermiony, która stojąc za rudowłosą, mierzyła Ślizgona wzrokiem bez wyrazu.
- Nic mu się nie stało. Zawsze taki był. Chodź, Sheri. Nie warto tracić czas na arogantów, którzy uważają się za lepszych od innych, tylko dlatego, że są czystej krwi.
Rudowłosa jeszcze przez chwilę patrzyła na Dracona, czując ogromny zawód. Jeszcze kilka chwil temu poddawała zwątpieniu słowa matki. Widziała w nim kogoś zgoła innego. A teraz pokazuje jej swoją drugą twarz. Pytanie tylko: która z nich była prawdziwa?
Brak jakiejkolwiek reakcji ze strony Draco oraz jego odejście po kolejnej niemiłej uwadze ugodziły ją jeszcze bardziej. Co prawda nie zdążyła zżyć się z tym chłopakiem, aczkolwiek widziała w nim kogoś godnego uwagi, a może nawet i przyjaźni? Czar jednak prysł z chwilą zmiany jego postawy na dupka, bo inaczej nie można było tego nazwać. Podążyła za Hermioną. Uważnie słuchała jej opowieści o szkole, korytarzach, schodach, klasach... Nie chciała się przecież później zgubić! Cały czas jednak myślała o tym, iż to kto inny miał jej to wszystko pokazywać.. W końcu nadszedł koniec zwiedzania, a panna Granger pokazała swym podopiecznym ostatni punkt wycieczki - pokój wspólny Gryfonów, do którego wejścia strzegła znajdująca się na portrecie Gruba Dama. Wystarczyło podać odpowiednie hasło, a przejść można było do środka. Pókój Wspólny urządzony był przytulnie, w barwach domu. Wygodne kanapy i fotele wypełniały wnętrze oświetlone świecami i przytulnym blaskiem kominków. Dormitorium również przepełniały szkarłatno-złote kolory, herby Domu Lwa, a zamiast kanap i foteli znajdowały się duże, wygodne łoża z baldachimami. Przed nimi stały uczniowskie kufry, a na pościeli spoczywały szaty dla nowych uczniów.
Sharlene spróbowała się zadomowić. Zerknęła na plan lekcji spoczywający na jej szafce nocnej. Spakowała na jutro podręczniki. Rozpakowała trochę rzeczy. Porozmawiała z współlokatorkami, chcąc złapać z nimi wspólny język. I położyła się do łóżka, próbując zasnąć. To jednak wcale nie było takie łatwe, jak jej się wydawało. W jej głowie bowiem wciąż rozbrzmiewały słowa blondyna na temat szłam, Domu Lwa, czystości krwi... Poczuła się ugodzona z tego powodu. Sama bowiem była półkrwista. W dodatku miała w sobie przeklętą krew wili! Odgarnęła kołdrę i podniosła się z łóżka. Nie mogą spać. Musiała się przejść. We Francji, gdy nie mogła zasnąć, spacerowała wzdłuż wybrzeża. Teraz musiała zadowolić się spacerem po szkolnych korytarzach. Cichutko, na palcach, owinięta szarym swetrem, opuściła najpierw dormitorium, a następnie pokój wspólny. Ruszyła korytarzem, wyjmując zza swetra swą różdżkę i używając zaklęcia Lumos w celu oświetlenia sobie drogi. Spacerowała, oglądała, zwiedzała. Gdy nagle jej wędrówki nie przeszkodziły czyjeś kroki z naprzeciwka... Szybko weszła do pierwszego napotkane pomieszczenia. Wstrzymała oddech i czekała aż kroki ucichną. Stała i czekała. I o mało nie zeszła na zawał..
- Panienka Margritte! A co panienka tu robi o tej porze?! - usłyszała za sobą czyjś głos i jak oparzona odkręciła się, by odnaleźć wzrokiem jego nadawcę. Nikogo jednak nie zauważyła, co tylko spotęgowało w niej strach. Jedyne, co widział, to kupa kurzu i rupieci. Jakieś magiczne sprzęty. Stare puchary. W rogu ujrzała coś dużego, czego się przestraszyła, a co po chwili koncentracji okazało się czymś po prostu nakrytym materiałem.
- Kim jesteś? Gdzie się schowałeś? - spytała drżącym głosem, chcąc opanować strach.
- Tu jestem. Spójrz w prawo. W gablocie.
Sharlene udała się w tamtym kierunku. Jakież było jej zdziwienie, gdy ujrzała... Tiarę. Strach przerodził się w ciekawość. Podeszła bliżej.
- Musisz mu wybaczyć. Dużo przeszedł.
- Słucham? O kim ty mówisz?
- Nie bez powodu trafiłaś do Gryffindoru.. Masz misję do wykonania.. Trudną misję.
- O czym ty mówisz? Jaką misję? Tiaro.. nic nie rozumiem.. - Sharlene czuła się niebywale dziwnie, rozmawiając z.. tak naprawdę z przedmiotem, lecz coś w słowach Tiary nie pozwalało jej w spokoju odejść.
- Jego serce jest mocno zranione. Przeszedł i przecierpiał wiele. Tylko jedna osoba może przemienić nienawiść w miłość. Tylko jedna osoba potrafi roztopić lud jego serca.
Sharlene stała zszokowana. Wpatrywała się w Tiarę wielkimi oczyma. Ta jednak z chwilą wypowiedzenia ostatnich słów opadła, jakby.. zasnęła.
- Tiaro? Tiaro! O co chodzi? Czy możesz jaśniej? Tiaro...
Ta jednak nie reagowała. Nie powiedziała już ani słowa. Sharlene czekała jeszcze kilka chwil z nadzieją, iż coś jeszcze się wydarzy. Niestety, zmuszona była odejść z kwitkiem. Ten spacer miał ją uspokoić. A wprowadził do jej umysłu jeszcze więcej zagadek i zmartwień...
............................................................................................................................................................
✧✧ ♛ ✧✧
Ɗяαcσ
...................................................................................................
Ukłucie które poczuł w swym sercu było niezwykle bolesne. Nigdy dotąd nie czuł się tak podle jak teraz. Dobrze wiedział że przesadził i miał.. tak. Malfoy poczuł wyrzuty sumienia. Było to przedziwne, niepokojące i na pewno bardzo niekomfortowe. Po raz pierwszy w życiu czuł tak wielki żal do samego siebie że dusił się w środku. Chciał wyjść na polanie i zacząć krzyczeć. Lecz nie mógł tego zrobić. Musiał grać. Musiał być pewny siebie, stanowczy. Przykład z niego brało najmłodsze pokolenie, a ponieważ wojna między Gryfonami i Ślizgonami trwała od samego początku, to tradycji musiało się stać za dość. Pokazując się z tej bezczelnej strony oprowadzał z należytą starannością nowych po szkole, pokazując im co nieco czy opowiadając różne historie i anegdotki. Najmłodsi byli wpatrzeni w niego jak w obrazek w przeciwieństwie do tych starszych którzy marzyli już tylko o tym by trafić do pokoju wspólnego. Pokój ten zawsze był pełen ludzi a krążyły już o tym legendy co też działo się w środku. Niegdyś bywały tam liczne imprezy na które wpuszczano wielu lecz nigdy tych z Domu Lwa. Koniec wycieczki zakończył się w lochach gdzie znajdywało się wejście do pokoju. Hasłem na pierwsze dwa tygodnie szkoły była oczywiście "Czysta krew" lecz niebawem to się zmieni. Niskie sklepienie nadawało miejscu mroczności a zielone lampy tylko potęgowały ten efekt. Pokój był dość ponury choć już jutro będzie pełen ludzi, gwary i radości. Dopiero jutro cała szkoła zacznie tętnic życiem. Dziś jazdy marzył już o odpoczynku, przymierzeniu szat czy też rozpakowaniu pokaźnych walizek. Draco po spełnieniu swej roli udał się do dormitorium chłopców gdzie była jego sypialnia. Sypialnia która dotychczas dzielił z czterema innymi uczniami a teraz zaś był sam jak palec. Nie miał nawet do kogo odezwać się chociażby słowem. Wzdychając ciężko ściągnął szaty i udał się do łaźni przeznaczonej tylko dla opiekunów. Odprężając się w ciepłej wodzie mógł pomyśleć nad tym jak kieruje swoim życiem i czy na pewno dalej chce ślepo kroczyć śladami ojca. Czy na pewno chce chować się pod maską fałszu, nienawiści, złości, pychy i chciwości? Czy na pewno chce być lubiany za to że jest chamem w czystej postaci? A może by jednak pójść za głosem serca i nauczyć się żyć inaczej? Czasem tak bardzo chciałby być lepszym człowiekiem ale realizacja tego była stanowczo za trudna. Po dość długim odpoczynku ubrał się w czarne spodnie i koszule po czym wrócił do lochów gdzie powitała go głucha cisza. Odłożywszy ręcznik opuścił pomieszczenie by przespacerować się opuszczonymi przez życie korytarzami. Hogwart o tej godzinie był nieco przerażający lecz w tym wszystkim nadal piękny. Cisza była błoga a wydawać się przez chwilę mogło że to miejsce jest opuszczone. Lecz nagle do uszu Malfoy'a doszły czyjeś kroki więc podążył czym prędzej intruzowi naprzeciw. Różdżkę trzymając w gotowości, lecz nie używając zaklęć co by się nie zdradzić. Kroki wtem ucichły a Draco usłyszał tylko czując szept po czym zajrzał do pomieszczenia z którego dochodziło nikłe światło. Rozmowa która podsłuchał uderzyła w jego serce a jeden z głosów przypisał Sheri. Zaciskając usta w waska linię poczuł jak oblewa go pot. Czemuż myślał że to o nim mowa? Słysząc kroki odskoczył nieco na bok i schował się za filarem. Dopiero po chwili zajrzał do pokoju i używając zaklęcia Lumos oświetlił go. Już miał ruszyć za rudym intruzem gdy usłyszał głos tiary której tak bardzo nie znosił ..
- O tobie mowa chłopcze była. Lecz nic nie znaczyć będą trudy dziewczyny jeśli i ty nie dasz czegoś od siebie. Zmiany są trudne a ty toczysz walkę w sercu, zamiast sam siebie zabijać, przyjmij pomoc z dobroci serca. Wojna nie musi trwać wiecznie a ty możesz ją zakończyć. Domek więc nie skłócone w końcu mogą się pojednać.
- Pieprzenie. - Mruknął tylko i opuścił pospiesznie pokój. Mając w głowie wszystkie słowa tiary poczuł się jeszcze gorzej niż wcześniej. W jego głowie panował zanęt a w sercu było prawdziwe tornado. Oddychał ciężko a jego kroki były donos w i głodne. Dogoniwszy w końcu ruda personę, chwycił a może bardziej szarpnął ja za ramię i wycedził przez żeby mszcząc się za to na niewinnej, co usłyszał, a co nie było niczym przyjemnym bowiem prawda zawsze bolała najbardziej. - Tym razem nie zawiadomię McGonagal lecz jeszcze jeden taki spacer a poleca wam punkty za łażenie po nocach. Miej się na baczności Margritte. - Używanie nazwiska zamiast imienia zawsze oznaczało jawny brak szacunku jeśli chodzi o tego młodzieńca a on zawsze zwracał się tak do tych których nie szanował. Czyżby cala sympatią do Sheri wyparowała? A może wręcz przeciwnie i tym próbował ukryć zawód? Bo przecież.. była pierwsza osobą na którą się otworzył i do której poczuł coś cieplejszego. To od niej mógłby się uczyć wszystkich pozytywnych cech i przy niej stawać się lepszym człowiekiem. A przecież gdy ta trafiła do on ego domu poczuł się odrzucony a nawet i poniekąd zraniony i zdradzony. Tylko nic nie było jej wina a to na nią wylewał złość i jad, a magia wili jakby przestała na niego oddziaływać zupełnie gdyż w jego sercu na nowo zapanował chłód. Nie dopuszczając do niego nic pozytywnego. Nawet tak nikłego jak zauroczenie poprzez magię.
............................................................................................................................................................
✧✧ ♛ ✧✧
SнαяƖєηє
...................................................................................................
Oczy rudowłosej jeszcze kilka chwil wbite były w Tiarę, która jednak uparcie milczała, nie racząc Sharlene już chociażby najmniejszymi wyjaśnieniami. Gdyby panienka Margritte znała ten magiczny artefakt wcześniej, wiedziałaby, że Tiara nigdy się nie myli. Iż zawsze wie, co mówi. Potrafiła zajrzeć w głąb każdego ucznia, widziała jego cechy, a niekiedy nawet potrafiła przewidzieć przyszłość. Sharlene o tym nie wiedziała, aczkolwiek Tiara, na piątym roku, potrafiła ostrzec Hogwart przed niebezpieczeństwem.
Rudowłosa zbliżyła się do drzwi. Nasłuchiwała chwilę, aczkolwiek kroki nie rozbrzmiewały już na korytarzu. Odważyła się opuścić pokój i czym prędzej czmychnęła w kierunku, z którego przyszła, nadzieję mając na rychłe trafienie z powrotem do Pokoju Wspólnego. Na jej nieszczęście, kroki rozbrzmiały ponownie. Głośne, donośne i.. szybkie. Ktoś zbliżał się w o wiele większym tempie, niż ona się oddalała. Szła spokojnie, podczas gdy kroki wydawały się coraz bliższe. 'Spokojnie, Sheri. Najwyżej dostaniesz uwagę pierwszego dnia szkoły. Powiesz, że się zgubiłaś. Może nic ci nie..'
Jej własne myśli zostały brutalnie przerwane gwałtowne szarpnięcie. Odwróciła się w stronę napastnika z głośnym 'Ała!'. Nie miała pojęcia, czy ma się bronić, czy uciekać. Wybrała jednak tę drugą opcję i szarpnęła swą rękę, wyrywając ja z czyjegoś uścisku. Już miała zacząć biec, gdy usłyszała głos. Znajomy. Lecz niezbyt miły... Sharlene nie wytrzymała. Co ona mu zawiniła?? Czym mu podpadła, że stał się nagle taki oschły? Znajomość z nim mogła sobie darować. Nie szukała sobie na siłę przyjaciół. Ale nikomu nie pozwoli się tak traktować!
- Co ty sobie wyobrażasz, hę? - warknęła ze złością. Niewiele myśląc pchnęła blondyna, uderzając jego klatkę piersiową otwartymi dłońmi.
- Myślisz, że kim ty jesteś, żeby tak się do mnie odzywać? Myślisz, że jesteś w czymś lepszy?? Że co? Że masz czystą krew? To czyni mnie od ciebie gorszą? Albo Hermionę? Wiesz co ci powiem? Wolałabym być mugolakiem, niż splamić swoje imię będąc chłopcem na usługach Voldemorta. - warknęła, gestykulując żywo, na ostatek dźgając go palcem wskazującym w pierś. Zacisnęła szczęki, spoglądając z zaciętością i uporem na chłodną twarz blondyna,, która oświetlona nikłym blaskiem różdżki wydawała się jeszcze bardziej blada. Chciała dać mu szansę. Chciała poznać go z lepszej strony. Nie wierzyć w plotki. Lecz on sam pokazywał jej, iż naprawdę nie warto...
............................................................................................................................................................
✧✧ ♛ ✧✧
Ɗяαcσ
...................................................................................................
Słowa wypowiedziane przez cholerną, starą czapkę grały mu w głowie niczym denerwująca pieśń, a on za nic w świecie nie mógł się tego pozbyć. Co to wszystko miało znaczyć? Czyżby los z niego drwił? Dopiero co tak naprawdę wydoroślał i zapragnął zmiany w swym życiu, a co łatwe nie było, a już miał rzucane pod nogi kłody. Jedna za drugą. Pojawienie się pięknej, rudowłosej dziewczyny na jego drodze było iskierką nadziei. Maleńką niczym główka od szpilki, lecz i tak rozbudziła w jego sercu chwilowy płomień, którego wcześniej nie czuł. Od najmłodszych lat wpajano mu nienawiść do wszystkich istot niemagicznych bądź tych, którzy krew plugawili. Ojciec pokazywał mu same negatywne emocje, nie pozwalał pomagać innym, być życzliwym czy po prostu dobry. Wszelakie słabości i ciepłe uczucia były duszone w zarodku, a jedyną, która mogła się temu sprzeciwiać była Narcyza, to ona mimo wszystko dawała swojemu jedynakowi poczucie bezpieczeństwa i obdarzała go dozgonną miłością. Niestety Lucjusz i jego perswazja były silniejsze, a Draco wyrósł na dupka, kolokwialnie rzecz ujmując. wrednego chama, o lodowatym sercu i spojrzeniu, który potrafił odsunąć wszystkie emocje by stać się niczym skała. Było to co prawda niezbędne, gdy dostał zadanie od samego Czarnego Pana, lecz nie potrafił swej misji dokończyć, a zamiast niego "Avada Kedavra" w stronę Dumbeldora wypowiedział Snape. Młody czarodziej miał wtedy żal do swego nauczyciela i bał się gniewu Voldemorta, lecz nic złego go nie spotkało, bowiem liczył się efekt końcowy - śmierć tego, który był zagrożeniem.
Podążając za dziewczyną sam nie wiedział co myśleć, a tym bardziej co też ma uczynić. Czego on tak właściwie chciał? Nie był tego pewny, poniekąd nie znał tej rudowłosej niewiasty, a ciągnęło go do niej jakby znał ją całe życie. Winna mogła być i temu magia wili, ale czy aby na pewno? Czy tylko to było powodem, iż dziewczyna poczęła pojawiać się w jego głowie? A może w jego sercu zimnym jak lód pojawiła się potrzeba miłości, dobra, albo nawet i zwykłej obecności kogoś kto nie był manewrowany i nie kierował się chęcią ogrzewania w jego sławie, lecz po prostu był bezinteresowny? Niestety ten młody mężczyzna jak zwykle w swym życiu wszystko musiał popsuć, a i tak było tym razem, gdy szarpnął nader mocno czarownicę za ramię. Przekreślając tym samym szansę, jaką dostał o dziewczyny, której przecież zabroniono na kontakty z nim, o czym zaś on wiedzieć nie mógł.
Słuchając wywodu Sheri, dał sobą wręcz pomiatać. Nie chwycił jej za dłoń, która uparcie czy go biła w pierś, czy też wbijała paznokieć w mostek. Przyjął tę formę kary z pokornością, zerkając tylko z góry na dziewczynę. Zasłużył sobie na każde słowo i każdy czyn skierowany w jego stronę. Był palantem, a teraz spotkała go kara. - Skończyłaś? - Syknął z zadziornym uśmiechem i już miał się wdać w polemikę, gdy usłyszał kroki z drugiego końca korytarza. Kroki oraz te paskudne miauczenie. Cholera jasna, jeśli Draco mógł się kogoś obawiać to właśnie tego starego charłaka i jego wstrętnej kotki, o której krążyły rozmaite legendy. Panowało bowiem przekonanie, że Pani Norris jest tak naprawdę kobietą zamienią pod wpływem klątwy w kota. Czarodziej niewiele myśląc chwycił dziewczynę i zakrywając jej usta dłonią, wepchnął ją między filary. Przyciskając ją mocno do siebie, w dalszym ciągu dłoń trzymał na jej twarzy, by spomiędzy jej warg nie wydobyło się nawet piśnięcie. - Ciii... - Szepnął cicho wprost do jej ucha. - Nie chcesz poznać woźnego Filcha i jego zapchlonej przyjaciółki.
............................................................................................................................................................
✧✧ ♛ ✧✧
SнαяƖєηє
...................................................................................................
Arogancka, pełna zuchwałości i ignorancji postawa blondyna jeszcze bardziej zadziałała Sharlene na nerwy. Widząc, iż chłopak w nawet najmniejszym stopniu nie przejmuje się jej wywodem, złość zagotowała się w niej jeszcze bardziej. Co ten dupek sobie wyobrażał? Że będzie bezczelnie i bezkarnie obrażał innych? W dodatku mając głęboko w poważaniu to, co się do niego mówi?? Panienka Margritte zacisnęła zęby. Miała ochotę wydać z siebie pełne złości warknięcie, dając upust złości, która się w niej gotowała. Przez chwilę tylko stała i mierzyła blondyna wściekłym wzrokiem. Pojęła, iż te wszystkie negatywne emocje zrodziły się z zawodu. Szukała w nim dobra. Kogoś, kto będzie godny i warty zaufania, znajomości, a może nawet przyjaźni? Zabłysnął dobrymi manierami, uprzejmą rozmową i pomocną dłonią, którą na początku ku niej wyciągnął. A tego właśnie rudowłosej brakowało po zmienia otoczenia. Czuła się wyobcowana i osamotniona. Blondyn tak na dobrą sprawę był pierwszą zapoznaną przez nią osobą i być może to dlatego poczuła od razu do niego taką sympatię. Tak bardzo chciała, by okazał się dobry, miły, sympatyczny, że zawód zabolał ją podwójnie. Trudno. Wiedziała, że musi odpuścić. Ale nie mogła pozwolić tak siebie traktować!
- Słuchaj, ty.. - zasyczała, słysząc jego pełne ignorancji pytanie. Ponownie uniosła dłoń z wyciągniętym palcem wskazującym ku górze, gotowa ponownie wbić go w klatkę piersiową mężczyzny i nie zważając wcale na to, czy go to boli, czy może w ogóle go nie rusza. Nie dane jej było jednak wywodu skończyć, gdyż w korytarzu ponownie rozbrzmiały czyjeś kroki. I bynajmniej nie były to dzięki wywołane przez ich dwójkę. Spojrzała zdezorientowana na Draco. Ten jednak zdążył zareagować o wiele szybciej, niż ona. Sekundy. Tylko tyle wystarczyło, by Malfoy zdążył ją chwycić, zatkać usta dłonią i wepchnąć do jakiejś szczeliny między filarami. Ale czy to było konieczne?? Chciała się lekko szarpnąć. Wyrwać. Stanąć trochę dalej. Uwolnić usta od jego dłoni i moc cokolwiek powiedzieć. Przecież dopiero co się kłócili! Była tak zła, że chyba wolałaby miesięczny szlaban niż stać tak blisko Draco. A jednak nie miała wyjścia. Słysząc cichy szept chłopaka obok swojego ucha, przestała się wiercić. Stanęła nieruchomo, nasłuchując coraz to głośniejszych kroków, które rozbrzmiewały w korytarzu w akompaniamencie miauczenia. W oddali, w nikłym świetle przygasającej świecy, Sharlene dostrzegła czyjąś sylwetkę. Nieco zdeformowaną i upiorną. Szczegółów nie widziała, aczkolwiek sam jej zarys i cień padający na ścianę przyprawiły ja o dreszcze. Odruchowo postąpiła krok w tył; a raczej spróbowała to zrobić, gdyż stojący za nią blondyn skutecznie jej to uniemożliwiał. W efekcie znalazła się jeszcze bliżej niego, o mało co nie zgniatając jego klatki piersiowej swymi plecami. Można rzec - Sharlene nieco wystraszyła się zdeformowanej postaci woźnego. Ponadto bała się, że ich znajdzie i oboje będą mieli przechlapane. Chciała cofnąć swoje wcześniejsze myśli; jednak nie chciałaby wpaść w łapy woźnego.. Usłyszała cichy szept Draco. Nie zrozumiała żadnego jego słowa, aczkolwiek z brzmienia wywnioskowała, iż było to zaklęcie. Pani Norris zamiauczała głośno i jak strzała wystrzeliła w stronę, z której przyszła; Filch natomiast, mamrocząc pod nosem. A Sharlene z Draco jeszcze kilka chwil stali nieruchomo w tej samej pozie. Rudowłosa plecami przylegała do torsu blondyna, a jego dłoń wciąż spoczywała na jej ustach.
W końcu panienka Margritte poczuła, jak uścisk lżeje, ręka Dracona powoli odsłoniła jej usta. Sharlene zaczerpnęła głębszy oddech i odsunęła się od chłopaka. Złość, przysłonięta obawą o wpadnięcie w łapy Filcha, uleciała. Do Sheri dotarło, że nocne spacery po Hogwarcie, zwłaszcza, jeśli się go nie zna, nie są dobrym pomysłem. Chciała jak najszybciej znaleźć się w pokoju wspólnym, jednocześnie nie chcąc dłużej toczyć kłótni z Malfoy'em. Był dupkiem, jego sprawa. Po prostu będzie omijać go z daleka.
- Dobranoc, Draco. - rzekła, uważając to za najrozsądniejsze rozwiązanie. Koniec kłótni, koniec ich relacji. Od dziś będą się tylko mijać na korytarzu, nie wchodząc sobie nawzajem w drogę. Draco swoją bowiem już obrał, a ona nie zamierzała ani stać mu na przeszkodzie, ani narzucać mu się swoim towarzystwem. Wolała egzystować sobie spokojnie z boku, niźli na każdym kroku wysłuchiwać jego obelg i nieprzyjemnych słów. Czy to w stosunku do niej, czy do kogokolwiek innego. Dlatego też, pożegnawszy się, ruszyła korytarzem, mając nadzieję na rychłe odnalezienie drogi powrotnej. Nie chciała bowiem ponownie wpaść na Filcha, a i senność powoli dawała się jej we znaki. Przecież nie mogła zaspać pierwszego dnia szkoły!
............................................................................................................................................................
✧✧ ♛ ✧✧
Ɗяαcσ
...................................................................................................
Draco był poniekąd pod wrażeniem, ale i wielkim zdziwieniem. Szczerze mówiąc miał nadzieję, że liczne straty w ludziach po wojnie obejmą i tego upartego i wstrętnego woźnego. Jak widać jednak na załączonym obrazu złego licho nie bierze, a stary Filch przeżyje chyba wszystkich nauczycieli, uczniów i przeszłe pokolenia, razem wzięte. Niewiele myśląc, ostrożnie wyjął swą różdżkę, którą wsadził do tylnej kieszeni spodni, a wydobycie jej w tej ciasnocie było niezwykle ciężki, gdyż w dodatku Sharlene kręciła się, wpychając go coraz mocniej w śmierdzący zaułek, a kto wie kto i co tu robił?! Mrucząc coś pod nosem, skupił się na tyle ile mógł, gdyż tak bliskie spotkanie z rudą panienką nieco przysłaniało zdrowy rozsądek. Magia jej krwi, aparycja i sam fakt, że była płci przeciwnej niż jego, jednak dział nieco negatywnie, bowiem był mężczyzną z krwi i kości i jakby nie patrzeć towarzystwo kobiet lubił. Głównie, gdy były tak blisko niego, a jak na złość Sheri wbijała się wręcz swoimi plecami w jego tors. Biorąc się w garść i przywołując jakieś zaklęcia, które były niczym innym jak zwykłymi psikusami wyczarował kilka mgiełek, które wyglądem swym dla Pani Norris mogły być niczym myszki, które mogłaby złapać. Plan jego rzecz jasna zadziałał, a już po chwili usłyszał tylko marudzenie woźnego, który począł się oddalać.
Draco uznał, więc, że zrobiło się bezpiecznie na horyzoncie by móc zdjąć dłoń z ust rudej czarownicy. Czekając aż tak opuści ich bezpieczny schowek, sam ruszył rzecz jasna za nią. Mimo złości i poczucia zdrady, jakiego dziś doznał, choć nic z tego nie było winą wspomnianej, to właśnie na niej wyładowywał się w bardzo bezczelny sposób. Teraz zaś zaśmiał się cicho. - Dobranoc Sharlene. - Akcentując jej imię, zrównał się z nią krokiem, a nawet przyspieszył go by znaleźć się przed dziewczyną, czym zmusił ją do zatrzymania się.
- Jeśli jednak marzysz o spokojnym śnie i trafieniu jeszcze dziś do dormitorium, to radzę Ci iść w tamtą stronę.
Wskazując kierunek za postacią dziewczyny, uśmiechnął się i pokręcił z rozbawieniem głową. Jakiś chochlik rzecz jasna podsuwał mu złośliwe komentarze i myśli, a przyzwyczajenie wysuwało na pierwszy plan złośliwość i dumę, iż może wytknąć rudowłosej jakiś błąd. Ukrył jednak te bezczelne wręcz zachowania i skinąwszy dziewczynie głową, ulotnił się w trybie wręcz ekspresowym. Droga do lochów była dość długa, w przeciwieństwie do wędrówki, którą miała odbyć dziewczyna.
Następnego ranka Draco z trudem wstał z łóżka, gdy długo w nocy zasnąć nie mógł, a nic nie pomagało mu z tym cholerstwem. Ni to książka, którą znalazł w walizce, ni ziółka, które sobie zaparzył odnajdując jakieś cholerstwa w paczuszce od matki, ni puszczenie myśli wolno, gdyż te uparcie krążyły wokół czarownicy o ognistych włosach. Nawet fakt, iż była półkrwi go nie odstraszał, a wręcz zdawał się nie przejmować tym faktem, gdyż od pewnego czasu zauważył, iż stał się niezwykle tolerancyjny, choć nie tak wychował go ojciec, który na pewno dumny by z tego nie był.
Zbiórka pierwszorocznych, śniadanie, wskazanie gdzie kto ma iść by się nie zgubić, aż w końcu młody mężczyzna mógł udać się na swoje lekcje. Na obowiązki prefekta przyjdzie jeszcze czas, a teraz znów był uczniem jak każdy jeden. Nudne zajęcia z zielarstwa, wróżbiarstwo, czy obrona przed czarną magią, aż w końcu eliksiry, które zawsze prowadził Profesor Snape, a bez niego było jakby inaczej. Te trafne docinki, wywyższanie Slytherinu, czy docinanie Pannie Granger. Nic z tego nie miało już miejsca, a nowym nauczycielem została nijaka Green. Młoda, ciemnowłosa nauczycielka, na widok której większość obecnych mężczyzn poczęła wręcz się ślinić. Nawet obecność wili nie wywoływała takich emocji jak Pani Alice.
............................................................................................................................................................
Komentarze
Prześlij komentarz